Kanał Zero zepsuł sobie poranki? O 8 rano zamiast żartów dostaliśmy ludzkie dramaty
Kanał Zero zrobił coś, co na papierze może wyglądać jak bardzo dobry pomysł. Zatrudnił doświadczonego dziennikarza interwencyjnego, wsadził ekipę do autokaru i wysłał ją w Polskę, żeby zajmowała się sprawami zwykłych ludzi – konfliktami z urzędami, pracodawcami, wielkimi firmami czy lokalną władzą. Problem w tym, że ten bardzo dobry pomysł umieszczono prawdopodobnie w najgorszym możliwym miejscu ramówki. O ósmej rano.

Od 5 października dotychczasowy lekki poranek Kanału Zero zastąpiła „Interwencja Zero”. Program jest nadawany pięć razy w tygodniu na żywo, a jego twarzą został Michał Bebło. Dotychczasowi prowadzący poranki mają dostać inne miejsce w ramówce. I właśnie ta decyzja spotkała się z krytyką części widzów. Trudno się temu specjalnie dziwić, bo Kanał Zero nie zastąpił jednego podobnego programu drugim. Zamienił funkcję całego porannego pasma.
Człowiek rano chce kawy, a nie historii o zrujnowanym życiu
Poranek w telewizji czy internecie ma dość specyficzną rolę. Nie musi być najważniejszym programem dnia. Nie musi odkrywać afer. Nie musi zmieniać Polski. Ma często po prostu człowiekowi towarzyszyć. Włączasz go podczas robienia śniadania, picia kawy, szykowania dzieci do szkoły albo siedząc już przy komputerze w pracy. Jednym uchem słuchasz rozmowy, drugim próbujesz sobie przypomnieć, gdzie położyłeś klucze. Ktoś opowiada głupią historię, ktoś rzuci niezłym żartem, pojawia się ciekawy gość, trochę sportu, trochę prasy, trochę kompletnych pierdół. I bardzo dobrze.

Dotychczasowe poranki Kanału Zero dokładnie w tę potrzebę trafiały. Przewijali się przez nie m.in. Tede, Wuwunio, Człowiek Warga, Tomasz Wolny, Tomasz Kammel czy Aleksandra Cieślik. To był format dość nierówny, czasami chaotyczny, czasami lepszy, czasami słabszy, ale miał jedną ogromną zaletę – był porankiem. Można go było po prostu włączyć i wejść w dzień bez poczucia, że właśnie rozpoczęliśmy dyżur w centrum kryzysowym.
Teraz o tej samej porze możemy dostać człowieka, który stracił oszczędności życia, przedsiębiorcę zadłużonego po nieudanej franczyzie, rodzinę walczącą z urzędem albo mieszkańców miejscowości opowiadających o wieloletnim konflikcie. Pierwszy regularny odcinek zapowiadano właśnie jako historię franczyzobiorców, którzy po rozpoczęciu biznesu znaleźli się w poważnych problemach finansowych. To może być świetne dziennikarstwo. Tylko czy naprawdę tego potrzebuję przy jajecznicy?
„Interwencja Zero” wcale nie jest złym pomysłem

Żeby była jasność: sam pomysł „Interwencji Zero” wydaje się bardzo dobry. Ba, być może jest to jeden z bardziej naturalnych kierunków rozwoju Kanału Zero. Stacja ma zasięg, rozpoznawalność i zdolność do wywoływania presji medialnej. Jeżeli duże medium może pojechać do niewielkiej miejscowości, pokazać absurd urzędniczy albo nagłośnić historię człowieka, którego wcześniej nikt nie chciał słuchać, to trudno mieć do tego pretensje.
Ciekawa jest też sama formuła. Ekipa nie ma siedzieć w warszawskim studiu i przez godzinę dyskutować o problemach Polski, ale jeździć autokarem po kraju i nadawać z miejsc, których dotyczą konkretne sprawy. Michał Bebło mówił, że każde wydanie ma powstawać w innym miejscu, a program ma mieć charakter reporterskiego „road show”. Widzowie YouTube mają dodatkowo współtworzyć audycję komentarzami na żywo. To pasuje do Kanału Zero dużo bardziej niż klasyczna telewizyjna „Interwencja” przeniesiona jeden do jednego do internetu.
Tyle że można stworzyć świetny program i jednocześnie kompletnie przestrzelić z godziną jego emisji.
Michał Bebło to akurat bardzo mocny transfer

Prowadzący nie został wyciągnięty z kapelusza. Michał Bebło to jedna z osób najmocniej kojarzonych z polskim dziennikarstwem interwencyjnym ostatnich lat. Z Polsatem był związany od 2008 roku – zaczynał jako reporter „Interwencji”, później również ją prowadził. Wcześniej pracował m.in. w katowickim oddziale TVP oraz Superstacji. Po tym, jak Polsat po 23 latach zakończył emisję „Interwencji”, Bebło przeszedł do Kanału Zero.
To więc duży transfer i człowiek dokładnie od tego rodzaju telewizji. Do Kanału Zero przeszedł zresztą również Przemysław Talkowski, przez lata związany z „Państwem w państwie”. Widać wyraźnie, że Krzysztof Stanowski chce zbudować u siebie mocny pion społeczno-interwencyjny, a nie tylko od czasu do czasu wrzucać reporterski materiał pomiędzy politykę, sport i rozrywkę.
I to naprawdę może zadziałać. Bebło wie, jak prowadzić tego rodzaju historie, umie rozmawiać z bohaterami znajdującymi się w trudnych sytuacjach i ma za sobą lata reporterskiego doświadczenia. Krytyka nowego pasma nie musi więc oznaczać krytyki jego samego ani nawet samej „Interwencji Zero”. Problemem jest raczej to, że Kanał Zero wziął program o bardzo ciężkim ładunku emocjonalnym i zrobił z niego następcę audycji, której funkcją było coś zupełnie przeciwnego.
Poranek to rytuał. Kanał Zero najwyraźniej tego nie docenił
W mediach istnieją formaty, które oglądamy ze względu na treść, oraz takie, które oglądamy również z przyzwyczajenia. Poranek należy do tej drugiej kategorii. Po pewnym czasie człowiek nie zastanawia się nawet specjalnie nad tym, kto danego dnia występuje. Po prostu odpala program. Zna ludzi, żarty, tempo, charakter audycji. To trochę medialny odpowiednik ulubionej kawiarni.
Kanał Zero przez ponad dwa lata taki zwyczaj u części swojej widowni wypracował. Poranny program działał od początku istnienia kanału. Miał przegląd prasy, rozmowy, lifestyle, sport, luźniejsze tematy i różnych prowadzących. Można było narzekać na konkretny duet albo dzień tygodnia, ale człowiek mniej więcej wiedział, po co tam rano przychodzi.
A teraz przychodzi i dostaje zupełnie inny produkt.
To trochę tak, jakby ulubiona piekarnia pewnego dnia o siódmej rano powiedziała: „Drożdżówek już nie robimy, ale mamy za to świetny gulasz”. Być może gulasz jest fenomenalny. Być może kucharz zdobył za niego nagrody. Tylko ja przyszedłem po drożdżówkę.
Ciężkich tematów w internecie naprawdę nam nie brakuje
Jest jeszcze szerszy problem. Współczesny internet i tak bezustannie bombarduje użytkownika sprawami, które mają go przestraszyć, oburzyć albo zdenerwować. Otwierasz rano Facebooka – polityczna awantura. X – wojna. Portal informacyjny – tragedia. TikTok – ktoś ostrzega przed nadchodzącą katastrofą. YouTube – miniatura z człowiekiem łapiącym się za głowę i napisem „TO KONIEC”.
Na tym tle luźny poranek miał pewną wartość właśnie dlatego, że nie próbował od pierwszych minut dnia podnosić człowiekowi ciśnienia. Można było zobaczyć Tedego gadającego z Wuwuniem, posłuchać absurdalnej historii, pośmiać się z prowadzących i dopiero później zainteresować się tym, która partia właśnie chce kogo odwołać i komu urząd zniszczył biznes.
„Interwencja Zero” działa odwrotnie. Jej istotą musi być konflikt. Gdyby wszystko było dobrze, interwencja nie byłaby potrzebna. Program z definicji będzie więc wyszukiwał niesprawiedliwość, dramat, bezradność, oszustwa, długi, konflikty i krzywdę. Tak właśnie powinien robić, bo na tym polega jego zadanie. Pytanie tylko, dlaczego Kanał Zero uznał, że najlepszym momentem na codzienną porcję takich historii jest ósma rano.
Stanowski może jeszcze bardzo łatwo ten błąd naprawić
Najciekawsze jest to, że Kanał Zero właściwie sam zostawił sobie furtkę. Bebło przed startem programu podkreślał, że ramówka jest elastyczna – jeżeli format będzie świetnie działał, można go wydłużyć, a jeżeli pojawią się problemy, można zmodyfikować formułę albo przesunąć go na inną godzinę. I chyba właśnie ta ostatnia możliwość wygląda najbardziej rozsądnie.
„Interwencja Zero” aż prosi się o pasmo popołudniowe lub wczesnowieczorne. To wtedy człowiek ma czas obejrzeć godzinny materiał, zrozumieć problem, poznać argumenty obu stron i ewentualnie śledzić dalszy ciąg historii. Można z tego zbudować naprawdę silną markę Kanału Zero.
A rano? Rano warto oddać ludziom ich poranek.
Nie dlatego, że problemy społeczne są nieważne. Właśnie przeciwnie – są na tyle ważne, że zasługują na własne miejsce w ramówce, a nie na zajęcie miejsca produktu stworzonego do zupełnie innego celu.
Nie każdy wartościowy program pasuje o każdej godzinie
Być może za kilka tygodni liczby pokażą, że widzowie pokochali „Interwencję Zero” o ósmej rano i cała ta krytyka okaże się marudzeniem ludzi przywiązanych do starego formatu. Kanał Zero wielokrotnie pokazywał, że lubi eksperymentować i szybko zmieniać rzeczy, które nie działają. To akurat jest przewagą nad klasyczną telewizją.
Na dziś trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ktoś pomylił jakość programu z jego miejscem w ramówce. „Interwencja Zero” może okazać się znakomita. Michał Bebło może stworzyć jedną z najmocniejszych reporterskich marek w polskich mediach internetowych. Kanał Zero może dzięki niej realnie pomóc wielu ludziom.
Ale o ósmej rano naprawdę nie każdy chce zaczynać dzień od informacji, że komuś komornik zabiera dom, ktoś został oszukany na pół miliona, przedsiębiorca tonie w długach, a urząd od siedmiu lat nie potrafi rozwiązać jego sprawy.
Czasem człowiek chce po prostu zrobić kawę, usłyszeć głupi żart Wuwunia i przez pierwszą godzinę dnia jeszcze przez chwilę wierzyć, że świat jest całkiem przyjemnym miejscem.


