Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – i to samego bossa Watahy. Sylwester Wardęga z zarzutami w sprawie „Boobsmana”

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – i to samego bossa Watahy. Sylwester Wardęga z zarzutami w sprawie „Boobsmana”
Użytkownicy: 10
(Głosów: 1)

Przez lata Sylwester Wardęga zbudował pozycję jednego z najważniejszych internetowych demaskatorów. To on stał za materiałami, które rozpędziły Pandora Gate, później wielokrotnie wracał do działalności innych influencerów i potrafił zamienić pojedynczą wiadomość, nagranie czy screen w temat dyskutowany przez miliony osób. Teraz role się odwracają.

Według informacji ujawnionych przez Krzysztofa Gonciarza i opisanych przez media Wardęga miał usłyszeć zarzuty dotyczące starego filmu „Boobsman”. Sprawa jest o tyle przewrotna, że nie dotyczy nieostrożnej wypowiedzi, internetowej dramy czy naciąganej interpretacji wiadomości sprzed lat. Chodzi o zachowanie, które Wardęga sam nagrał, zmontował i opublikował w internecie.

„Boobsman” wraca po trzynastu latach

Film pochodzi z 2013 roku, czyli z zupełnie innego etapu kariery Wardęgi. Zanim został „druidem”, komentatorem afer i samozwańczym strażnikiem moralności polskiego YouTube’a, budował popularność przede wszystkim na prankach. W przypadku „Boobsmana” przebrał się za komiksowego bohatera i pod pretekstem promowania profilaktyki raka piersi podchodził do kobiet na ulicy, po czym dotykał ich piersi. Reakcje były nagrywane, a materiał został następnie udostępniony w internecie.


Film Boobsman Sylwestra Wardęgi



Przez lata film funkcjonował przede wszystkim jako przykład tego, jak bardzo zmieniły się zarówno internet, jak i sam Wardęga. To, co kilkanaście lat temu część widzów traktowała jako „głupi prank”, dzisiaj wygląda znacznie poważniej. Problem nie sprowadza się przy tym do zmiany obyczajów. Co najmniej część kobiet występujących w materiale po latach twierdziła, że nie wyraziła zgody na takie zachowanie. Jedna z uczestniczek publicznie opowiadała, że została zaskoczona i nie zgadzała się na dotykanie jej piersi. Sam Wardęga już wcześniej przyznawał, że „Boobsman” był złym i nieodpowiednim filmem, za który przeprasza.

Według informacji przekazanych przez Gonciarza śledztwo ma dotyczyć art. 197 § 2 Kodeksu karnego, czyli doprowadzenia innej osoby do poddania się innej czynności seksualnej albo wykonania takiej czynności. Przepis przewiduje karę od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Samo przedstawienie zarzutów oczywiście nie oznacza winy – o niej może zdecydować dopiero sąd. W tej historii istotne jest jednak coś innego: organy ścigania mają już nie analizować wyłącznie internetowych opowieści o „Boobsmanie”, ale badać sprawę w ramach postępowania karnego.

Tym razem nie chodzi o screen, interpretację ani „kontekst”

I właśnie tutaj historia robi się wyjątkowo ironiczna. Wardęga przez ostatnie lata specjalizował się w rozliczaniu innych twórców z ich przeszłości. Wielokrotnie przekonywał, że upływ czasu nie powinien stanowić usprawiedliwienia dla zachowania, które było krzywdzące. Żarty sprzed wielu lat pozostawały żartami tylko do momentu, w którym zaczynało się sprawdzać, kto znajdował się po ich drugiej stronie.

W przypadku „Boobsmana” trudno natomiast mówić o klasycznej internetowej sytuacji typu „słowo przeciwko słowu”. Samo zachowanie zostało utrwalone na filmie przez Wardęgę i opublikowane przez niego jako rozrywka. Pytaniem dla śledczych i ewentualnie sądu pozostaje przede wszystkim to, wobec których kobiet kontakt odbywał się bez zgody i czy konkretne zachowania wypełniały znamiona przestępstwa. To zasadnicza różnica między stwierdzeniem, że Wardęga jest winny przestępstwa – czego dziś powiedzieć nie można – a stwierdzeniem, że zdarzenie będące przedmiotem postępowania nie jest wymyśloną po latach internetową historią. Film istniał i jego treść od dawna była publicznie znana.

Pandora Gate stworzyła internetowego prokuratora

Największym paradoksem jest oczywiście zestawienie obecnej sytuacji z Pandora Gate. Trzeba przy tym oddać Wardędze to, co mu się należy: jego materiał odegrał ogromną rolę w nagłośnieniu bardzo poważnych historii dotyczących Stuarta K.-B., znanego jako Stuu. To nie była wyłącznie internetowa drama. Sprawą zajęła się prokuratura, Stuu został sprowadzony z Wielkiej Brytanii do Polski i usłyszał zarzuty dotyczące m.in. czynów seksualnych wobec osób poniżej 15. roku życia oraz rozpijania małoletnich.

Problem polega na tym, że sukces Pandora Gate dał Wardędze coś jeszcze – gigantyczny kapitał wiarygodności. Z youtubera komentującego afery stał się dla części widzów kimś na kształt internetowego prokuratora. Jeżeli Wardęga kogoś umieszczał w materiale, samo pojawienie się nazwiska potrafiło działać jak społeczny wyrok. Granica pomiędzy pokazaniem faktów, przedstawieniem własnej interpretacji oraz publicznym przypisaniem komuś moralnej odpowiedzialności stawała się coraz cieńsza.

Najbardziej było to widoczne w przypadku osób znajdujących się na obrzeżach najcięższych wątków Pandory. Michał „Boxdel” Baron został przez Wardęgę ponownie postawiony w centrum afery także w późniejszych materiałach. Wardęga zarzucał mu m.in. niewłaściwe wiadomości kierowane do bardzo młodych dziewczyn. Boxdel odpowiadał własnymi materiałami, przedstawiał szerszy kontekst rozmów i kwestionował interpretację Wardęgi. Niezależnie od własnej oceny zachowania Boxdela warto pamiętać, że nie każdy bohater materiałów Wardęgi znajdował się w sytuacji prawnej porównywalnej ze Stuu. Internet natomiast bardzo łatwo zacierał te różnice.

Wataha: Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka…

Trudno znaleźć w polskim internecie historię lepiej pasującą do starego powiedzenia „nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka”. Nie dlatego, że Wardęga został już uznany za winnego – nie został i na obecnym etapie należy o tym jasno pamiętać. Ironia polega na czymś innym.

Człowiek, który uczynił z wyciągania cudzej przeszłości jeden z fundamentów swojej działalności, sam zostaje dziś rozliczany z nagrania sprzed trzynastu lat. Człowiek, który wielokrotnie tłumaczył swoim bohaterom, że „to było dawno” nie zamyka sprawy, sam może przekonać się, że internetowa prehistoria również może zainteresować prokuraturę. Człowiek, który analizował zgody, wiadomości, relacje i granice przekraczane przez innych, dziś ma odpowiedzieć na pytania dotyczące zgody kobiet, których sam dotykał przed kamerą.

I być może właśnie dlatego sprawa Wardęgi jest ciekawsza niż kolejna standardowa afera influencerska. Nie trzeba budować wokół niej sztucznej sensacji. Nie trzeba nawet ogłaszać upadku kolejnego „szeryfa internetu”. Wystarczy zastosować do niego dokładnie tę zasadę, którą sam tak chętnie stosował wobec innych: jeżeli pojawiają się poważne informacje i dowody, sprawę należy wyjaśnić, zamiast zasłaniać się popularnością, intencją, humorem albo tym, że zdarzenie miało miejsce wiele lat temu.

Wardęga nie powinien być skazywany przez internet. Ale dokładnie tak samo nie powinni być skazywani przez internet ludzie, których wcześniej przedstawiał swoim milionowym audytoriom. Jeśli z tej historii ma wyniknąć jakaś lekcja, to właśnie ta: YouTube może rozpocząć śledztwo, ale nie powinien zastępować sądu. A rola internetowego oskarżyciela robi się wyjątkowo niewygodna, kiedy pewnego dnia samemu trzeba usiąść po drugiej stronie stołu.

Fakty bazowe sprawdziłem m.in. w materiałach o postępowaniu dotyczącym „Boobsmana”, wcześniejszych wypowiedziach jego uczestniczki, historii Pandora Gate oraz prawomocnym wyroku w sporze z Marcinem Dubielem. Art. 197 § 2 k.k. przewiduje karę od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności.

…i to 2 razy ponieśli. Wardęga jest jednym z prawomocnie skazanych w aferze Pandora Gate, którą sam wywołał

W całej historii jest jeszcze jeden paradoks, którego trudno nie zauważyć. Sylwester Wardęga był jednym z głównych twórców, którzy uruchomili i rozpędzili Pandora Gate – aferę, która na wiele miesięcy wstrząsnęła polskim YouTube’em i sprawiła, że internet zaczął rozliczać influencerów nie tylko z ich bieżącej działalności, ale również z rozmów, znajomości i zachowań sprzed wielu lat. Tymczasem jednym z prawomocnych wyroków, jakie wyrosły na gruncie tej wielkiej afery, jest wyrok dotyczący… samego Wardęgi. Youtuber został prawomocnie skazany za pomówienie Marcina Dubiela, któremu przypisywał wiedzę o niewłaściwych zachowaniach Stuu wobec nieletnich. Sąd uznał, że Wardęga nie przedstawił wystarczających podstaw dla takiego oskarżenia. To niezwykle wymowny epilog przynajmniej jednego z wątków Pandora Gate: człowiek występujący w roli oskarżyciela i rozliczający innych z odpowiedzialności za otoczenie sam przekroczył granicę odpowiedzialności za własne słowa. Nie oznacza to oczywiście, że cała Pandora Gate była wymyślona – najpoważniejsze zarzuty dotyczące Stuu stały się przedmiotem realnego postępowania karnego. Pokazuje jednak, jak niebezpieczne było wrzucanie kolejnych osób do jednego worka i jak łatwo internetowy demaskator może przejść od ujawniania faktów do formułowania oskarżeń, których później nie potrafi obronić przed sądem. W tym sensie powiedzenie „nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka” pasuje do historii Wardęgi wyjątkowo dobrze: Pandora Gate przyniosła sądowe konsekwencje także człowiekowi, który w ogromnej mierze ją rozpętał.

A teraz… mierzy się z własnymi stwierdzeniami, że upływ czasu nie usuwa odpowiedzialności.


Podobało Ci się? Podziel się...

Dodaj opinię

Twój email nie będzie opublikowany.

Możesz użyć HTML'a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*